środa, 23 marca 2016

II

Maszerowały w milczeniu w ogniu nocy. Jedynym ich towarzyszem był księżyc w pełni majaczący się za zachmurzonym niebem. Nika ziewnęła przeciągle. Pozostałe dziewczyny to zignorowały dalej torując sobie drogę wśród liści i drzew. W pewnym momencie wszystkie trzy przystanęły w przerażeniu.
- C… co jest?! – BoneZoo stukała nerwowo palcami po DC Mini. Jej noktowizor padł. A po stojących w miejscu, ciemnych sylwetkach swoich towarzyszek podejrzewała, że ich sprzęt także uległ zepsuciu.
- Może zepsuły się w nim baterie? – zażartowała Marika.
- Tu nie ma baterii! Ten system czerpie moc z samoregenurującej się krystalicznej energii One Hundred. Niemożliwe, aby się zepsuł! – zdenerwowała się Bone. Stojąc na środku obcego lądu i nie wiedząc, gdzie się znajdują, były skazane na własną orientację w ciemnościach.
- A latarki w giwerach? – zaproponowała Nika.
- Są słabe i szybko zużywa się w nich energia, ale chyba nie mamy teraz nic lepszego – westchnęła Marika. Włączyła światło w swoim pistolecie i popatrzyła pytająco na oświetlone już twarze dziewcząt.
- Co mam włączyć? To rewolwer, nie wibrator z latarką naprowadzającą, gdy zgasi się światło bo ktoś wstydzi się tego jak potwornie wygląda – powiedziała czerwonowłosa.
- No dobrze. Mogłaś powiedzieć to trochę mniej… wulgarnie – czarnowłosa ważyła słowa. – A ty, Nika?
- Zapomniałam, gdzie w karabinie jest latarka…
*
Kontynuacja wyboru. Wybór A

*
- Powinniśmy jednak to przedyskutować! – nie dawała za wygraną granatowłosa. Widząc jednak, jak Len i Rei nie słuchając jej, dalej idą przed siebie, zrobiła buzię w ciup i pobiegła za nimi już nic nie mówiąc.
Szli w ciszy rozglądając się na boki i uważając na wszystko, co tylko wyda im się podejrzane. Noktowizory z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu przestały działać. Jednak po sprawdzeniu DC Mini, wszystkie pozostałe opcje wydawały się działać. Godzina 2:25. Marsz szedł im całkiem sprawnie. Mieli najbliżej ze wszystkich grup do „Bazy” dlatego też zbytnio się nie spieszyli, ale i nie starając się ociągać. Zdążyli już minąć całą zatokę i wejść głęboko w dżunglę. Według mapy zbliżali się do zachodnich gór, za którymi czekało już tylko ich miejsce postoju. Godzina 3:10. Nadal w ciągłym milczeniu, uważnie rozglądając się na boki i trochę senni, parli nieustannie naprzód. Po raz pierwszy od początku wędrówki ktoś się zatrzymał. To była MaryAne.
- Stójcie! – szepnęła, wyciągając rewolwer. Rozejrzała się podejrzliwie dookoła i machnęła ręką na znak, aby ktoś zaświecił latarką. – Słyszycie?
- Na mózg ci się rzuciło od niespania. Pewnie wystraszyłaś jakiegoś Koalę, albo szympansa. Nie ma co robić o to afery – żachnęła Rei.
- Wstrzymaj się! – rzekł ściszonym głosem Len. – Ja chyba też coś słyszałem - po czym wyjął pistolet.
- Dajcie spokój! Idziemy! Jesteśmy zbyt daleko od potencjalnego centrum czystej energii, by ktoś mógł nas śledzić – powiedziała, ziewając. Po otworzeniu oczu, po wykonywanej czynności, zaskoczył ją widok wystraszonego Lena i zlęknionej MaryAne, którzy z miękkimi kolanami i giwerami wysuniętymi w jej kierunku, trzęśli się jak przy wyjątkowo niskiej temperaturze. – Głuptaki! I czego do mnie celujecie? – lecz momentalnie zdała sobie sprawę, że jej kompani nie celują do niej, a… do czegoś, co znajdowało się za nią. Rei powoli odwróciła się, czując na sobie czyjeś sapanie. Zakręciło jej się w głowie.
- Co to jest, u licha? – słyszała kołatanie własnego serca. Dziwna istota, o łuskowatej i śliskiej z wyglądu skórze, długim ogonem wyglądającym na wystarczająco silny, by ją powalić i z przeraźliwie ostrymi zębami wpatrywała się w nią swoimi żółtymi ślepiami.
- Wygląda jak przerośnięta jaszczurka – wykrztusił z siebie Len. – A ja myślałem, że w Australii to tylko pająki mają gigantyczne.
- Zastrzel to! – poleciła krzykiem do MaryAne. I jakby tylko na to oczekując, jaszczuropodobna istota rzuciła się na Rei, próbując zrobić sobie z niej podkurek, albo bardzo wczesne śniadanie. Szatynka wierzgała się z całych sił, ale była widocznie za słaba, by stawić w pełni czoło gadowi. Granatowłosa już chciała strzelić, gdy zwierzę swoim ogonem, wytrąciło jej rewolwer z ręki. Len tylko to widząc, wymierzył w nie i przełykając ze strachu ślinę na widok nieznanego do tej pory stworzenia, strzelił w nie. Martwa gadzina padła na Rei. Jak oparzona, strąciła z siebie potwora i szybko wstała. Chwytała łapczywie powietrze.
- Co to było? Zaświeć na to! – rozkazała do MaryAne. Ta, potulnie wykonała rozkaz i skierowała światło latarki na jaszczurkę.
- Wygląda jak… dinozaur! – szepnęła niby do siebie, niby do reszty.
- Nie bądź niemądra, to pewnie jakaś szczególna odmiana jaszczurki – zbył ją Len. – Musimy być ostrożni, jeśli w okolicy kręci się takich więcej. Albo trzymać się wybrzeża, tam na podobne nie natrafialiśmy.
- Nikt nam nie zagwarantuje, że w dalszej części wybrzeża nie ma podobnych „koleżków” – Rei pochyliła się nad osobnikiem. – Musimy się zastanowić, czy wziąć go do bazy. Możemy spróbować go zbadać, ale będzie dla nas wielkim obciążeniem w dalszej wędrówce. To jak postanawiamy?
Wybór (2)
Jak poprzednio: Wybór należy jedynie do Lena, MaryAne i ReiFujioki. Muszą zdecydować, czy:
A) Zabierają ze sobą jaszczurkopodobną istotę do bazy
B) Zostawiają ją martwą na miejscu i dalej sami idą do punktu spotkania z resztą.


*

BlackAngel i Shadiga o godzine 5:40 dotarły do Opuszczonej jednostki stacjonarnej. Całość wyglądała dosyć biednie. Kompleks budynków prawie w całości był zrujnowany. Dziewczyny postanowiły wejść jedynie do tego głównego: który jednocześnie wydawał się najbezpieczniejszy pod względem zarwania się dachu na głowę. Uznały jednak za zbyt niebezpieczne wałęsać się po wszystkich jego pomieszczeniach i piętrach, dlatego skupiły się jedynie na parterze. Przeczesując cały w miarę możliwości wśród panującej ciemności, sfrustrowane porzuciły poszukiwania.
- Co za strata czasu! – westchnęła Angel. –Musimy tu wrócić, ale z lepszym sprzętem i kiedy będzie jaśniej – Shadiga przyznała jej rację ruchem głowy.
- Oraz zbadałyśmy tylko kilka pomieszczeń. Niewykluczone, że wśród poszukiwań możemy znaleźć coś jeszcze – dodała optymistycznie purpurowłosa, uśmiechając się przy tym. – Lepiej zbierajmy się stąd szybko i ruszajmy do Bazy. Jesteśmy do niej najdalej od wszystkich! – Angel jej przytaknęła. Nie czuły jednak, że czas w jednostce wojskowej był stracony. Miały wielką nadzieję, że jeszcze przyjdzie im uratować dzięki niej swoje życia. Tak naprawdę wśród ton gruzów znalazły wiele użytecznych przedmiotów w sytuacjach różnych, jednak nie mogących im pomóc. Jedno było pewne. Na pewno tam wrócą.
Dziewczyny opuściły budynek i otwierając Mapę w DC Mini, szybko określiły swój kierunek drogi. Nie wyszły jeszcze z terenu kompleksu, jak zza drzew począł dochodzić je przeraźliwy ryk. Słońce zaczynało pomalutku wschodzić na horyzoncie wyspy D’Urville’a.
- Co to było? – zapytała zlęknionym głosem Angel. Przeczuwając kłopoty, związała swoje białe włosy w wysoką kitkę i wyciągnęła zza pasa swój rewolwer. Popatrzyła pytająco na Shadigę.
- Straciłam broń podczas wichury – wzruszyła ramionami nie mniej zlękniona, niż jej towarzyszka.
- To otwórz sklep! – poleciła jej.
- Nie mam ani jednego liwra! Pożycz mi! – powiedziała błagalnym tonem granatowłosa, gdy wierzchołki drzew jeden po drugim ustępowały jakiejś dziwnej sile. Angel otworzyła swój sklep w DC Mini.
- J… ja nie wiem jak to możliwe! Przecież miała zaoszczędzone tysiące wirtualnych liwrów! – powiedziała zszokowanym głosem białowłosa. – Zresetowało mi konto.
- Myślisz, że to z tego samego powodu, z którego nie możemy używać noktowizorów? – Shadiga nie zdążyła wyegzekwować odpowiedzi, bo ostatnią warstwę drzew zmiotła czyjaś potężna noga. Ogromne stworzenie wyłoniło się zza zielonej kurtyny i omiotło spojrzeniem wszystko dookoła. Mniejsze zwierzęta, ale wyglądem zbliżonym do niego, uciekały przed nim, jedno po drugim rozgniatane jego gigantyczną nogą. Stworzenie miało skórę pokrytą rogowymi łuskami, długą szyję i podobnej długości ogon, zwieńczony u końca białą nasadą.
- Co to jest?! – Angel popukała się w głowę. Shadiga nie czekając zbyt długo, pochwyciła kompankę za nadgarstek i puściła się biegiem w stronę jak najdalszą od nietypowego zwierzęcia. – Przy… przypatrzyłaś mu się? – wyjąkała zdumiona BlackaAngel.
- Na tyle długo, by wiedzieć, że pan olbrzymi i jego malutkie śniadanka nie powinny tu być. To dinozaur! – powiedziała z jak największym przekonaniem w głosie Shadiga. – Pytanie tylko, dlaczego wymieranie kredowe ich nie dosięgnęło.

*
- Wio, ty wypadku ewolucyjny! – Victoria popędzała swojego opancerzonego Minmi do dalszego biegu. Dinozaur nie należał do najszybszych, ale jako jedyny nie chciał urządzić sobie z niej szwedzkiego stołu. Umykając wciąż kolejnym najpospolitszym tu Dino: Timimisom (których Victoria podejrzewała o bycie australijskimi Velocirapotrami) pędziła ku umówionemu miejscu spotkania. Jeśli reszta tych stworzeń da się ułaskawić, to ich misja nie będzie aż taka ciężka, jaka byłaby w przypadku konieczności konfrontacji z nimi. Kasztanowłosa miała tylko nadzieję, że reszta radzi sobie w swoich środowiskach i o 17:00 zobaczy wszystkich, których pożegnała w samolocie. Nie dawała jej spokoju tylko jeszcze jedna myśl: Jakim prawem po tej wyspie hasają dinozaury? I miała pewność, że inni także się nad tym głowią.

CDN…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz