Maszerowały w milczeniu w ogniu nocy. Jedynym ich
towarzyszem był księżyc w pełni majaczący się za zachmurzonym niebem.
Nika ziewnęła przeciągle. Pozostałe dziewczyny to zignorowały dalej
torując sobie drogę wśród liści i drzew. W pewnym momencie wszystkie
trzy przystanęły w przerażeniu.
- C… co jest?! – BoneZoo stukała nerwowo palcami po DC Mini. Jej
noktowizor padł. A po stojących w miejscu, ciemnych sylwetkach swoich
towarzyszek podejrzewała, że ich sprzęt także uległ zepsuciu.
- Może zepsuły się w nim baterie? – zażartowała Marika.
- Tu nie ma baterii! Ten system czerpie moc z samoregenurującej się
krystalicznej energii One Hundred. Niemożliwe, aby się zepsuł! –
zdenerwowała się Bone. Stojąc na środku obcego lądu i nie wiedząc, gdzie
się znajdują, były skazane na własną orientację w ciemnościach.
- A latarki w giwerach? – zaproponowała Nika.
- Są słabe i szybko zużywa się w nich energia, ale chyba nie mamy teraz
nic lepszego – westchnęła Marika. Włączyła światło w swoim pistolecie i
popatrzyła pytająco na oświetlone już twarze dziewcząt.
- Co mam włączyć? To rewolwer, nie wibrator z latarką naprowadzającą,
gdy zgasi się światło bo ktoś wstydzi się tego jak potwornie wygląda –
powiedziała czerwonowłosa.
- No dobrze. Mogłaś powiedzieć to trochę mniej… wulgarnie – czarnowłosa ważyła słowa. – A ty, Nika?
- Zapomniałam, gdzie w karabinie jest latarka…
*
Kontynuacja wyboru. Wybór A
*
- Powinniśmy jednak to przedyskutować! – nie dawała za wygraną
granatowłosa. Widząc jednak, jak Len i Rei nie słuchając jej, dalej idą
przed siebie, zrobiła buzię w ciup i pobiegła za nimi już nic nie
mówiąc.
Szli w ciszy rozglądając się na boki i uważając na wszystko, co tylko
wyda im się podejrzane. Noktowizory z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu
przestały działać. Jednak po sprawdzeniu DC Mini, wszystkie pozostałe
opcje wydawały się działać. Godzina 2:25. Marsz szedł im całkiem
sprawnie. Mieli najbliżej ze wszystkich grup do „Bazy” dlatego też
zbytnio się nie spieszyli, ale i nie starając się ociągać. Zdążyli już
minąć całą zatokę i wejść głęboko w dżunglę. Według mapy zbliżali się do
zachodnich gór, za którymi czekało już tylko ich miejsce postoju.
Godzina 3:10. Nadal w ciągłym milczeniu, uważnie rozglądając się na boki
i trochę senni, parli nieustannie naprzód. Po raz pierwszy od początku
wędrówki ktoś się zatrzymał. To była MaryAne.
- Stójcie! – szepnęła, wyciągając rewolwer. Rozejrzała się podejrzliwie
dookoła i machnęła ręką na znak, aby ktoś zaświecił latarką. –
Słyszycie?
- Na mózg ci się rzuciło od niespania. Pewnie wystraszyłaś jakiegoś
Koalę, albo szympansa. Nie ma co robić o to afery – żachnęła Rei.
- Wstrzymaj się! – rzekł ściszonym głosem Len. – Ja chyba też coś słyszałem - po czym wyjął pistolet.
- Dajcie spokój! Idziemy! Jesteśmy zbyt daleko od potencjalnego centrum
czystej energii, by ktoś mógł nas śledzić – powiedziała, ziewając. Po
otworzeniu oczu, po wykonywanej czynności, zaskoczył ją widok
wystraszonego Lena i zlęknionej MaryAne, którzy z miękkimi kolanami i
giwerami wysuniętymi w jej kierunku, trzęśli się jak przy wyjątkowo
niskiej temperaturze. – Głuptaki! I czego do mnie celujecie? – lecz
momentalnie zdała sobie sprawę, że jej kompani nie celują do niej, a… do
czegoś, co znajdowało się za nią. Rei powoli odwróciła się, czując na
sobie czyjeś sapanie. Zakręciło jej się w głowie.
- Co to jest, u licha? – słyszała kołatanie własnego serca. Dziwna
istota, o łuskowatej i śliskiej z wyglądu skórze, długim ogonem
wyglądającym na wystarczająco silny, by ją powalić i z przeraźliwie
ostrymi zębami wpatrywała się w nią swoimi żółtymi ślepiami.
- Wygląda jak przerośnięta jaszczurka – wykrztusił z siebie Len. – A ja
myślałem, że w Australii to tylko pająki mają gigantyczne.
- Zastrzel to! – poleciła krzykiem do MaryAne. I jakby tylko na to
oczekując, jaszczuropodobna istota rzuciła się na Rei, próbując zrobić
sobie z niej podkurek, albo bardzo wczesne śniadanie. Szatynka wierzgała
się z całych sił, ale była widocznie za słaba, by stawić w pełni czoło
gadowi. Granatowłosa już chciała strzelić, gdy zwierzę swoim ogonem,
wytrąciło jej rewolwer z ręki. Len tylko to widząc, wymierzył w nie i
przełykając ze strachu ślinę na widok nieznanego do tej pory stworzenia,
strzelił w nie. Martwa gadzina padła na Rei. Jak oparzona, strąciła z
siebie potwora i szybko wstała. Chwytała łapczywie powietrze.
- Co to było? Zaświeć na to! – rozkazała do MaryAne. Ta, potulnie wykonała rozkaz i skierowała światło latarki na jaszczurkę.
- Wygląda jak… dinozaur! – szepnęła niby do siebie, niby do reszty.
- Nie bądź niemądra, to pewnie jakaś szczególna odmiana jaszczurki –
zbył ją Len. – Musimy być ostrożni, jeśli w okolicy kręci się takich
więcej. Albo trzymać się wybrzeża, tam na podobne nie natrafialiśmy.
- Nikt nam nie zagwarantuje, że w dalszej części wybrzeża nie ma
podobnych „koleżków” – Rei pochyliła się nad osobnikiem. – Musimy się
zastanowić, czy wziąć go do bazy. Możemy spróbować go zbadać, ale będzie
dla nas wielkim obciążeniem w dalszej wędrówce. To jak postanawiamy?
Wybór (2)
Jak poprzednio: Wybór należy jedynie do Lena, MaryAne i ReiFujioki. Muszą zdecydować, czy:
A) Zabierają ze sobą jaszczurkopodobną istotę do bazy
B) Zostawiają ją martwą na miejscu i dalej sami idą do punktu spotkania z resztą.
*
BlackAngel i Shadiga o godzine 5:40 dotarły do Opuszczonej jednostki
stacjonarnej. Całość wyglądała dosyć biednie. Kompleks budynków prawie w
całości był zrujnowany. Dziewczyny postanowiły wejść jedynie do tego
głównego: który jednocześnie wydawał się najbezpieczniejszy pod względem
zarwania się dachu na głowę. Uznały jednak za zbyt niebezpieczne
wałęsać się po wszystkich jego pomieszczeniach i piętrach, dlatego
skupiły się jedynie na parterze. Przeczesując cały w miarę możliwości
wśród panującej ciemności, sfrustrowane porzuciły poszukiwania.
- Co za strata czasu! – westchnęła Angel. –Musimy tu wrócić, ale z
lepszym sprzętem i kiedy będzie jaśniej – Shadiga przyznała jej rację
ruchem głowy.
- Oraz zbadałyśmy tylko kilka pomieszczeń. Niewykluczone, że wśród
poszukiwań możemy znaleźć coś jeszcze – dodała optymistycznie
purpurowłosa, uśmiechając się przy tym. – Lepiej zbierajmy się stąd
szybko i ruszajmy do Bazy. Jesteśmy do niej najdalej od wszystkich! –
Angel jej przytaknęła. Nie czuły jednak, że czas w jednostce wojskowej
był stracony. Miały wielką nadzieję, że jeszcze przyjdzie im uratować
dzięki niej swoje życia. Tak naprawdę wśród ton gruzów znalazły wiele
użytecznych przedmiotów w sytuacjach różnych, jednak nie mogących im
pomóc. Jedno było pewne. Na pewno tam wrócą.
Dziewczyny opuściły budynek i otwierając Mapę w DC Mini, szybko
określiły swój kierunek drogi. Nie wyszły jeszcze z terenu kompleksu,
jak zza drzew począł dochodzić je przeraźliwy ryk. Słońce zaczynało
pomalutku wschodzić na horyzoncie wyspy D’Urville’a.
- Co to było? – zapytała zlęknionym głosem Angel. Przeczuwając kłopoty,
związała swoje białe włosy w wysoką kitkę i wyciągnęła zza pasa swój
rewolwer. Popatrzyła pytająco na Shadigę.
- Straciłam broń podczas wichury – wzruszyła ramionami nie mniej zlękniona, niż jej towarzyszka.
- To otwórz sklep! – poleciła jej.
- Nie mam ani jednego liwra! Pożycz mi! – powiedziała błagalnym tonem
granatowłosa, gdy wierzchołki drzew jeden po drugim ustępowały jakiejś
dziwnej sile. Angel otworzyła swój sklep w DC Mini.
- J… ja nie wiem jak to możliwe! Przecież miała zaoszczędzone tysiące
wirtualnych liwrów! – powiedziała zszokowanym głosem białowłosa. –
Zresetowało mi konto.
- Myślisz, że to z tego samego powodu, z którego nie możemy używać
noktowizorów? – Shadiga nie zdążyła wyegzekwować odpowiedzi, bo ostatnią
warstwę drzew zmiotła czyjaś potężna noga. Ogromne stworzenie wyłoniło
się zza zielonej kurtyny i omiotło spojrzeniem wszystko dookoła.
Mniejsze zwierzęta, ale wyglądem zbliżonym do niego, uciekały przed nim,
jedno po drugim rozgniatane jego gigantyczną nogą. Stworzenie miało
skórę pokrytą rogowymi łuskami, długą szyję i podobnej długości ogon,
zwieńczony u końca białą nasadą.
- Co to jest?! – Angel popukała się w głowę. Shadiga nie czekając zbyt
długo, pochwyciła kompankę za nadgarstek i puściła się biegiem w stronę
jak najdalszą od nietypowego zwierzęcia. – Przy… przypatrzyłaś mu się? –
wyjąkała zdumiona BlackaAngel.
- Na tyle długo, by wiedzieć, że pan olbrzymi i jego malutkie śniadanka
nie powinny tu być. To dinozaur! – powiedziała z jak największym
przekonaniem w głosie Shadiga. – Pytanie tylko, dlaczego wymieranie
kredowe ich nie dosięgnęło.
*
- Wio, ty wypadku ewolucyjny! – Victoria popędzała swojego opancerzonego
Minmi do dalszego biegu. Dinozaur nie należał do najszybszych, ale jako
jedyny nie chciał urządzić sobie z niej szwedzkiego stołu. Umykając
wciąż kolejnym najpospolitszym tu Dino: Timimisom (których Victoria
podejrzewała o bycie australijskimi Velocirapotrami) pędziła ku
umówionemu miejscu spotkania. Jeśli reszta tych stworzeń da się
ułaskawić, to ich misja nie będzie aż taka ciężka, jaka byłaby w
przypadku konieczności konfrontacji z nimi. Kasztanowłosa miała tylko
nadzieję, że reszta radzi sobie w swoich środowiskach i o 17:00 zobaczy
wszystkich, których pożegnała w samolocie. Nie dawała jej spokoju tylko
jeszcze jedna myśl: Jakim prawem po tej wyspie hasają dinozaury? I miała
pewność, że inni także się nad tym głowią.
CDN…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz