V
(Przypominam, że fabuła miała w tym miejscu być dokończona odnośnie przeszukiwanek)
Wszyscy uporczywie próbowali znaleźć cokolwiek, co pozwoliłoby im
przetrwać w dżungli na wyspie i nie zostać zjedzonymi. Niestety wśród
gruzów i ruin dawnej jednostki stacjonarnej trudno było znaleźć coś, co
nie przypominało tynku ze ścian, czy kawałka cegły.
Po wielkiej i uporczywej frustracji narastającej w powietrzu i wśród
zimna, które przedzierało się przez zniszczone ściany budynku na
zewnątrz, nasi komandosi w końcu coś znaleźli.
- Patrzcie, patrzcie! – krzyczała zaaferowana MaryAne. Wszyscy z
entuzjazmem pobiegli do pomieszczenia w którym się znajdowała. Z ziemi
podniosła dziwną, szafirową kartę ze złotym paskiem na boku. Plastikowa
płytka posiadała na wierzchu ciąg wypustek, zdjęcie jakiegoś mężczyzny i
jego nazwisko. Nika pojęła kartę w palce.
- Hmm… To chyba jakaś karta ID. Musimy tylko dowiedzieć się do czego pasuje.
- Albo może być też tak, że otwierała coś, co już nie istnieje. I mam na
myśli coś w tej bazie. Wtedy na niewiele nam się przyda - westchnęła
granatowłosa.
- Głowa do góry! Bardzo dobrze się spisałaś! – Victoria poklepała
koleżankę po plecach. – Nawet jeśli do niczego nam nie otworzy, na pewno
przyda się do czegoś innego. Schowaj ją! – poleciła.
- Ja bym się tu rozejrzała za czymś innym niż kawałek plastiku. Mam 200
liwrów. Jeszcze pięć stówek i w końcu będzie mnie stać na najtańszą
broń! – pochwaliła się BoneZoo.
- Skąd je wzięłaś? Nie mów, że leżały na ziemi?! – Victoria w odpowiedzi
dostała tylko wzruszenie ramionami i potwierdzające słowa ReiFujioki.
- Ja znalazłam tylko 100 liwrów. Farciara.
Gdy wszyscy przeszukali nawet najmniejszy kamyczek na i tak niewielkim
obszarze, rozpoczęły się gorące dyskusje dotyczące tego, czy w ogóle
warto wchodzić na wyższy poziom. Oczywiście każdy zdawał sobie sprawę z
czyhającego niebezpieczeństwa. Strop w każdej chwili mógłby się zarwać i
ewentualnie ktoś mógłby zginąć od upadku na ostre i twarde kawałki
gruzów. W najlepszym razie tylko się poobijać. Jednak ryzyko było wciąż
duże. Nawet, jeśli ktoś doznałby obrażeń nie wiadomo było, czy mógłby
dalej uczestniczyć w ekspedycji. W takim wypadku można by tę osobę od
razu zabić i skrócić jej męki, albo dać jej umrzeć w strachu oczekiwania
na śmierć.
- Nie sądzę, aby rozważnym było wejście na górę! – powiedział ostrożnie
Len. – Jak znam życie, to na górze i tak znajdziemy tylko stertę gruzów
jak tu.
- Zgadzam się! – poparła Marika. – To, że znaleźliśmy trochę pieniędzy,
jedną kartę z którą nie wiemy co zrobić i apteczkę nie oznacza, że
trafiliśmy na żyłę złota. Tak naprawdę to spustoszone ruiny. Znajdując
te kilka przedmiotów mieliśmy szczęście i tyle!
- To ważne co mówicie – przytaknęła Victoria.
- Nawet jeśli nic nie znajdziemy… - BlackAngel nabrała powietrza w
płuca. - … to zawsze mamy pewność i wiedzę. Gdybyśmy tam nie weszli, a
czegoś by nam zabrakło, to zapewniam was, że niejeden by sobie pomyślał:
„Co by było gdybyśmy tam weszli…”. Dlatego w moim przekonaniu
powinniśmy tam wejść. Aby rozwiać niedomówienia.
- To ważne – przytaknęła Shadiga. – Ale musimy być jednomyślni. Jeśli
część będzie na górze, część na dole, a ta góra kamulców spadnie wam na
łby, to co wtedy poczniemy? Musimy zdecydować, co robimy!
- A część z nas nie może po prostu wyjść na zewnątrz skoro tak się boi? –
polemizowała Nika. Victoria obrzuciła ją piorunującym spojrzeniem,
który wstrząsnął blondynką.
- Nie. Jesteśmy grupą i wszystko robimy razem. Jeśli dojdzie pomiędzy
nami do podziałów, to wkrótce i my się rozpadniemy. Podejmujemy jedną
decyzję wspólnie! Wchodzimy?
- Wchodzimy – odparły zgodnie chórem Rei i Shadiga.
- Oczywiście, że wchodzimy! – powiedziała z pełną werwą i energicznie BlackAngel.
- Idziemy! – BoneZoo podniosła kciuk do góry zaciskając pięść. Len, MaryAne i Marika popatrzyli na pozostałych znacząco.
- No niech będzie – blondyn przemówił w imieniu pozostałych. - Ale wy przodem.
- Żartujesz? My pójdziemy, a wy sobie uciekniecie! Wy idziecie jak pierwsi! – obruszyła się ReiFujioka.
Czując, że nie mają wielkiego wyboru, Ci głosujący na „nie” w sprawie
zbadania wyższego piętra, przeszli przez gruzowisko i w pokoju
oznaczonym przez komandosów literą „E” weszli po schodach na górę czując
na swoich plecach groźne oddechy pozostałych (czuła to zwłaszcza
Marika, bo szła na końcu, przed Victorią). Prawda o II piętrze miała im
być za chwilę ujawniona.
Gdy już wszyscy znajdowali się na tej budzącej niepokój i lęk wyższej
kondygnacji, Victoria otworzyła pewnym ruchem ręki drzwi, które były na
tym piętrze jedynymi. Wszystko pozostałe było pozostałościami po
poziomie, którego większa część runęła na to niższe dzięki wielkiej
łapie Diamantozaura. To, co ujrzeli, przeszło ich najśmielsze
oczekiwania.
Na ziemi leżał człowiek w kałuży krwi w lekarskim kitlu, łapczywie
chwytający powietrze i trzymający się za zakrwawiony bok. Obok można
było dostrzec krwawe ślady pazurów i odciski łap australovenatora. Jako
pierwsza zdążyła do niego podbiec ReiFujioka i bez zbędnych ogródek
zapytała:
- Co się stało? Wszystko w porządku? Shadiga, daj apteczkę!
- Przy… - mówił, krztusząc się krwią. Widocznie mówienie sprawiało mu
wiele bólu. -… przysłano was tutaj? Jeste… jesteście z eki… ratunkowej?
- Tak. Po to tu przybyliśmy – skłamała Victoria. – Opowiedz wszystko na ile możesz.
- Dziękuję, ale to nie będzie… potrzebne – odgonił ruchem ręki
zbliżającą się do niego Shadigę gotową poświęcić swoją apteczkę. – Mój
czas… moje życie… i tak jest… aju. – Ten idiota! Argh! – złapał się
kurczowo za pierś. Dopiero teraz komandosi dostrzegli, że i tu został
zraniony. Nie mogąc powstrzymać torsji, mężczyzna zwymiotował krwią
wprost na klęczącą przy nim Victorię i ochlapując przy okazji Rei i
Shadigę, które były najbliżej.
- O kim mówisz? – zapytała Marika.
- Aura… Auramera. Wszyscy myśleli, że on nie żyje, ale… ale to
nieprawda. On jest tu… chwilę… jak … jawiły się tu te… ory, on uciekł w
głąb dżungli zaszywając się w swojej kryjówce. Nikt nie miał tam
dostępu, tylko on. To było jego… labora…ium przez osta… dwa lata. Argh! –
kolejne splunięcie krwią.
- Czekaj moment. Wiesz, jak pojawiły się tu dinozaury? – podeszła bliżej MaryAne.
- To nie jest teraz ważne! – powiedziała ostro Victoria. – Najważniejsze
pytanie, to: Czy to „ten” Auramera? – zapytała ze zgrozą w oczach.
Mężczyzna pokiwał głową. Tylko na tyle starczyło mu sił, po czym padł
martwy na ziemię.
- To cud, że przeżył tak długi czas – stwierdziła Marika.
- On tu nie kituje od kilku dni, nie ma prawa – zaprzeczyła Nika. –
Musiał skądś przybyć, a dorwały go dinozaury. Pytanie tylko skąd…
Zapewne wiedział od nas o wiele więcej. A teraz…
- Powiedział wystarczająco dużo – odparła rzeczowo Victoria. – Tak naprawdę coś wiemy. I mamy nowe zadanie do spełnienia!
- Wiesz, kim jest Auramera, o którym mówił? – zapytał ostrożnie Len.
Victoria już otworzyła usta, gotowa na odpowiedź, gdy wszyscy zerwali
się na równe nogi reagując na krzyk Mariki. Przestraszona, wskazywała na
kąt pomieszczenia. Wszyscy przybliżyli wzrok. W rogu pokoju znajdowała
się trudna do opisania sieć… a może to była substancja? Wszystko jednak
tak jakby rozmywało się, jakby „coś” przeźroczystego i galaretowatego
przed nimi stało. Po chwili z tego „czegoś” wyskoczył pełen agresji
Australovenator, ale tak naprawdę wyglądało to tak, jak gdyby po prostu
się tu zmaterializował. Naskoczył na BoneZoo znajdującą się najbliżej.
Ta, uderzyła w jego bok z całej siły łokciem, czym spowodowała stracenie
przez niego równowagi i upadek z wysokości na niższe piętro. Z racji
spadnięcia na głowę nikt nie zastanawiał się, czy przeżył. Tylko z
nowymi informacjami zeszli na dół.
*
W końcu dotarli do Wioski. Lecz nie wiedząc, co przeszukać, postanowili
zdać się na intuicję. Jednak po tym, co zobaczyli w jednostce
stacjonarnej, przeczuwali, że i teraz nie będzie pięknie i wesoło. Bo
coraz bardziej zdawali sobie sprawę nad czyhającym nad nimi
niebezpieczeństwem.
CDN...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz