sobota, 26 marca 2016

V
(Przypominam, że fabuła miała w tym miejscu być dokończona odnośnie przeszukiwanek)
Wszyscy uporczywie próbowali znaleźć cokolwiek, co pozwoliłoby im przetrwać w dżungli na wyspie i nie zostać zjedzonymi. Niestety wśród gruzów i ruin dawnej jednostki stacjonarnej trudno było znaleźć coś, co nie przypominało tynku ze ścian, czy kawałka cegły.
Po wielkiej i uporczywej frustracji narastającej w powietrzu i wśród zimna, które przedzierało się przez zniszczone ściany budynku na zewnątrz, nasi komandosi w końcu coś znaleźli.
- Patrzcie, patrzcie! – krzyczała zaaferowana MaryAne. Wszyscy z entuzjazmem pobiegli do pomieszczenia w którym się znajdowała. Z ziemi podniosła dziwną, szafirową kartę ze złotym paskiem na boku. Plastikowa płytka posiadała na wierzchu ciąg wypustek, zdjęcie jakiegoś mężczyzny i jego nazwisko. Nika pojęła kartę w palce.
- Hmm… To chyba jakaś karta ID. Musimy tylko dowiedzieć się do czego pasuje.
- Albo może być też tak, że otwierała coś, co już nie istnieje. I mam na myśli coś w tej bazie. Wtedy na niewiele nam się przyda - westchnęła granatowłosa.
- Głowa do góry! Bardzo dobrze się spisałaś! – Victoria poklepała koleżankę po plecach. – Nawet jeśli do niczego nam nie otworzy, na pewno przyda się do czegoś innego. Schowaj ją! – poleciła.
- Ja bym się tu rozejrzała za czymś innym niż kawałek plastiku. Mam 200 liwrów. Jeszcze pięć stówek i w końcu będzie mnie stać na najtańszą broń! – pochwaliła się BoneZoo.
- Skąd je wzięłaś? Nie mów, że leżały na ziemi?! – Victoria w odpowiedzi dostała tylko wzruszenie ramionami i potwierdzające słowa ReiFujioki.
- Ja znalazłam tylko 100 liwrów. Farciara.
Gdy wszyscy przeszukali nawet najmniejszy kamyczek na i tak niewielkim obszarze, rozpoczęły się gorące dyskusje dotyczące tego, czy w ogóle warto wchodzić na wyższy poziom. Oczywiście każdy zdawał sobie sprawę z czyhającego niebezpieczeństwa. Strop w każdej chwili mógłby się zarwać i ewentualnie ktoś mógłby zginąć od upadku na ostre i twarde kawałki gruzów. W najlepszym razie tylko się poobijać. Jednak ryzyko było wciąż duże. Nawet, jeśli ktoś doznałby obrażeń nie wiadomo było, czy mógłby dalej uczestniczyć w ekspedycji. W takim wypadku można by tę osobę od razu zabić i skrócić jej męki, albo dać jej umrzeć w strachu oczekiwania na śmierć.
- Nie sądzę, aby rozważnym było wejście na górę! – powiedział ostrożnie Len. – Jak znam życie, to na górze i tak znajdziemy tylko stertę gruzów jak tu.
- Zgadzam się! – poparła Marika. – To, że znaleźliśmy trochę pieniędzy, jedną kartę z którą nie wiemy co zrobić i apteczkę nie oznacza, że trafiliśmy na żyłę złota. Tak naprawdę to spustoszone ruiny. Znajdując te kilka przedmiotów mieliśmy szczęście i tyle!
- To ważne co mówicie – przytaknęła Victoria.
- Nawet jeśli nic nie znajdziemy… - BlackAngel nabrała powietrza w płuca. - … to zawsze mamy pewność i wiedzę. Gdybyśmy tam nie weszli, a czegoś by nam zabrakło, to zapewniam was, że niejeden by sobie pomyślał: „Co by było gdybyśmy tam weszli…”. Dlatego w moim przekonaniu powinniśmy tam wejść. Aby rozwiać niedomówienia.
- To ważne – przytaknęła Shadiga. – Ale musimy być jednomyślni. Jeśli część będzie na górze, część na dole, a ta góra kamulców spadnie wam na łby, to co wtedy poczniemy? Musimy zdecydować, co robimy!
- A część z nas nie może po prostu wyjść na zewnątrz skoro tak się boi? – polemizowała Nika. Victoria obrzuciła ją piorunującym spojrzeniem, który wstrząsnął blondynką.
- Nie. Jesteśmy grupą i wszystko robimy razem. Jeśli dojdzie pomiędzy nami do podziałów, to wkrótce i my się rozpadniemy. Podejmujemy jedną decyzję wspólnie! Wchodzimy?
- Wchodzimy – odparły zgodnie chórem Rei i Shadiga.
- Oczywiście, że wchodzimy! – powiedziała z pełną werwą i energicznie BlackAngel.
- Idziemy! – BoneZoo podniosła kciuk do góry zaciskając pięść. Len, MaryAne i Marika popatrzyli na pozostałych znacząco.
- No niech będzie – blondyn przemówił w imieniu pozostałych. - Ale wy przodem.
- Żartujesz? My pójdziemy, a wy sobie uciekniecie! Wy idziecie jak pierwsi! – obruszyła się ReiFujioka.
Czując, że nie mają wielkiego wyboru, Ci głosujący na „nie” w sprawie zbadania wyższego piętra, przeszli przez gruzowisko i w pokoju oznaczonym przez komandosów literą „E” weszli po schodach na górę czując na swoich plecach groźne oddechy pozostałych (czuła to zwłaszcza Marika, bo szła na końcu, przed Victorią). Prawda o II piętrze miała im być za chwilę ujawniona.
Gdy już wszyscy znajdowali się na tej budzącej niepokój i lęk wyższej kondygnacji, Victoria otworzyła pewnym ruchem ręki drzwi, które były na tym piętrze jedynymi. Wszystko pozostałe było pozostałościami po poziomie, którego większa część runęła na to niższe dzięki wielkiej łapie Diamantozaura. To, co ujrzeli, przeszło ich najśmielsze oczekiwania.
Na ziemi leżał człowiek w kałuży krwi w lekarskim kitlu, łapczywie chwytający powietrze i trzymający się za zakrwawiony bok. Obok można było dostrzec krwawe ślady pazurów i odciski łap australovenatora. Jako pierwsza zdążyła do niego podbiec ReiFujioka i bez zbędnych ogródek zapytała:
- Co się stało? Wszystko w porządku? Shadiga, daj apteczkę!
- Przy… - mówił, krztusząc się krwią. Widocznie mówienie sprawiało mu wiele bólu. -… przysłano was tutaj? Jeste… jesteście z eki… ratunkowej?
- Tak. Po to tu przybyliśmy – skłamała Victoria. – Opowiedz wszystko na ile możesz.
- Dziękuję, ale to nie będzie… potrzebne – odgonił ruchem ręki zbliżającą się do niego Shadigę gotową poświęcić swoją apteczkę. – Mój czas… moje życie… i tak jest… aju. – Ten idiota! Argh! – złapał się kurczowo za pierś. Dopiero teraz komandosi dostrzegli, że i tu został zraniony. Nie mogąc powstrzymać torsji, mężczyzna zwymiotował krwią wprost na klęczącą przy nim Victorię i ochlapując przy okazji Rei i Shadigę, które były najbliżej.
- O kim mówisz? – zapytała Marika.
- Aura… Auramera. Wszyscy myśleli, że on nie żyje, ale… ale to nieprawda. On jest tu… chwilę… jak … jawiły się tu te… ory, on uciekł w głąb dżungli zaszywając się w swojej kryjówce. Nikt nie miał tam dostępu, tylko on. To było jego… labora…ium przez osta… dwa lata. Argh! – kolejne splunięcie krwią.
- Czekaj moment. Wiesz, jak pojawiły się tu dinozaury? – podeszła bliżej MaryAne.
- To nie jest teraz ważne! – powiedziała ostro Victoria. – Najważniejsze pytanie, to: Czy to „ten” Auramera? – zapytała ze zgrozą w oczach. Mężczyzna pokiwał głową. Tylko na tyle starczyło mu sił, po czym padł martwy na ziemię.
- To cud, że przeżył tak długi czas – stwierdziła Marika.
- On tu nie kituje od kilku dni, nie ma prawa – zaprzeczyła Nika. – Musiał skądś przybyć, a dorwały go dinozaury. Pytanie tylko skąd… Zapewne wiedział od nas o wiele więcej. A teraz…
- Powiedział wystarczająco dużo – odparła rzeczowo Victoria. – Tak naprawdę coś wiemy. I mamy nowe zadanie do spełnienia!
- Wiesz, kim jest Auramera, o którym mówił? – zapytał ostrożnie Len. Victoria już otworzyła usta, gotowa na odpowiedź, gdy wszyscy zerwali się na równe nogi reagując na krzyk Mariki. Przestraszona, wskazywała na kąt pomieszczenia. Wszyscy przybliżyli wzrok. W rogu pokoju znajdowała się trudna do opisania sieć… a może to była substancja? Wszystko jednak tak jakby rozmywało się, jakby „coś” przeźroczystego i galaretowatego przed nimi stało. Po chwili z tego „czegoś” wyskoczył pełen agresji Australovenator, ale tak naprawdę wyglądało to tak, jak gdyby po prostu się tu zmaterializował. Naskoczył na BoneZoo znajdującą się najbliżej. Ta, uderzyła w jego bok z całej siły łokciem, czym spowodowała stracenie przez niego równowagi i upadek z wysokości na niższe piętro. Z racji spadnięcia na głowę nikt nie zastanawiał się, czy przeżył. Tylko z nowymi informacjami zeszli na dół.
*
W końcu dotarli do Wioski. Lecz nie wiedząc, co przeszukać, postanowili zdać się na intuicję. Jednak po tym, co zobaczyli w jednostce stacjonarnej, przeczuwali, że i teraz nie będzie pięknie i wesoło. Bo coraz bardziej zdawali sobie sprawę nad czyhającym nad nimi niebezpieczeństwem.

CDN...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz